Komentarz wpisu p. Halesiaka - płace przyczną deflacji?
 Oceń wpis
   

Przegladając bblog natknąłem się na nastepujący wpis pana Andrzeja Halesiaka: andrzejhalesiak.bblog.pl/wpis,deflacja;plac;niebezpieczna;dla;swiatowej;gospodarki,38259.html

Nie mogłem się powstrzymać przed wyrażeniem własnego zdania na temat o którym pisze autor przytoczonego wpisu. A różni się ono znacznie...

Moje spojrzenie na opisaną sytuacje jest odmienne. Po pierwsze nie wierzę w to, że deflacja jest powodowana przez dużą nadwyżkę globalnej podaży nad globalnym popytem. Pomijam fakt że określeniem globalny popyt i globalna podaż określa się zagregowane wielkości podaży i popytu w danej gospodarce a nie zsumowane wielkości podaży i popytu w skali świata a domyślam się że to autor miał na myśli;) Wracając do tematu, deflacja ma źródła monetarne, uważam, że jej powodem jest spadek podaży pieniądza w światowej gospodarce spowodowany spadkiem mnożnika kreacji pieniądza. Niekonwencjonalne środki po które sięgnęły banki centralne to zwiększenie bazy monetarnej które ma na celu utrzymanie stałej podaży pieniądza przy mniejszym mnożniku kreacji pieniądza.

 Nie uważam również że bezrobocie jest winą inwestorów którzy żądając dywidend naciskają na zamykanie fabryk. Owszem, firmy redukują produkcje i zatrudnienie w odpowiedzi na zmniejszony popyt. Nie występuje więc coś takiego jak nadwyżka podaży dóbr w dłuższym okresie. To odchylenie jest korygowane przez rynek i nie stanowi ono przyczyny deflacji której źródeł trzeba szukać w zjawiskach monetarnych, jak już wcześniej napisałem. Z drugiej strony ciężko jest sobie wyobrazić działanie akcjonariuszy naciskających na zamykanie fabryki w celu osiągnięcia krótkookresowych zysków. Pomijam już fakt że zamykając fabrykę ciężko jest osiągnąć jakieś większe zyski (chyba że spółka posiada duże zapasy a zamykając fabrykę i zwalniając ludzi obcina drastycznie koszty, bo sprzedać zakład przemysłowy jest strasznie ciężko jeśli jest to w ogóle obecnie możliwe po godziwej cenie) a już tym bardziej ciężko jest sobie wyobrazić że w takim działaniu będzie korzyść dla akcjonariuszy. Inwestorzy raczej nie garną się do zakupu akcji spółki która pozbywa się swojego potencjału wytwórczego. Kurs akcji takiej spółki powinien skierować się na południe a przecież nie samą dywidendą inwestor żyje.

Spadek płac (zwany przez autora deflacją płac – szczerze mówiąc, pierwszy raz spotykam się z takim określeniem) nie jest taki strasznie zły dla gospodarki. Oczywiście nie jest dobry z punktu widzenia gospodarstw domowych i nie cieszy mnie on, jednak korekta poziomu płac ułatwia wyjście z kryzysu a w modelach klasycznych odgrywa w nim nawet decydującą rolę. Recesja musi boleć.

 

Komentarze (3)
Adam Góral: nie miejmy kompleksów
 Oceń wpis
   

Dzisiaj uczestniczyłem w debacie w rzeszowskim ekonomiku o nazwie Sesja Popularnonaukowa Młodych Ekonomistów. Pomijając głupią nazwę, wydarzenie było całkiem ciekawe. Uczestniczyłem w nim biernie ale zawsze coś. Zważywszy na to że debata - organizowana przez mocno przeciętne technikum ekonomiczne - była przeznaczona dla licealistów i odbywała się w poniedziałek o 10.00, grono gości którzy przyjęli zaproszenie budzi może budzić szacunek. A wśród nich byli m.in. wiceminister skarbu Zdzisław Gawlik, dyrektor rzeszowskiego GUS-u Marek Cierpiał-Wolan, prezes Transsystemu Stanisław Sroka oraz osoba która budziła chyba największe zainteresowanie – Adam Góral czyli prezes Asseco który nie przejął się zadanym mu pytaniem przez prowadzącą debatę uczennice (i słusznie) i opowiedział w skrócie o historii swojej spółki, dzisiejszej jej pozycji i planach na przyszłość. Jednak to wszystko można wyczytać ze sprawozdań finansowych i innych opracowań czy artykułów prasowych. Na szczęście Adam Góral nie poprzestał na tym i nie będzie przesadą jak powiem że napiętnował polskie firmy i przedsiębiorców że 20 lat po ustrojowych przemianach ciągle mają kompleksy w – mówiąc kolokwialnie – robieniu biznesu za granicą. Ośmieszał ludzi dla których pobudką do działania jest jedynie chęć bycia bogatszym od kolegi czy sąsiada i jednocześnie ludzi zadowalających się osiągnięciem tego celu. Jednocześnie stwierdził że oczywiste jest że wraz z sukcesem przychodzą pieniądze i on je ma. Jednak kierując największą firmą informatyczną w Europie Środkowo-Wschodniej uważa że wciąż nie osiągnął celu, Asseco wciąż jest – tu cytat - „żartem” w porównaniu do liderów segmentu na świecie. I chwała mu za taką postawę, bo dlaczego Polska ma nie mieć liczącego się na świecie brandu? Należy się wyzbyć kompleksów i poczucia niższości, minęło już przecież 20 lat odkąd mamy w Polsce wolny rynek. Nawet jeśli Asseco nie stanie się liczącym graczem na arenie międzynarodowej ( na razie 5. pozycja w Europie) to może sprawi że polscy przedsiębiorcy zaczną dostrzegać inne cele niż tylko bycie regionalnym potentatem. Czas najwyższy by tak się stało, bo jeśli na naszych oczach dokonuje tego spółka która zaczynała od informatyzacji malutkich banków spółdzielczych w najbiedniejszym regionie jednego z najbiedniejszych krajów Europy to znaczy że się da.

 

 

Komentarze (0)
Mini konkurs ekonomii
 Oceń wpis
   

Dzisiaj, wraz z zespołem wziąłem udział w konkursie podstaw ekonomii dla szkół ponadgimnazjalnych organizowanym w ramach obchodów światowego tygodnia przedsiębiorczości na jednej z rzeszowskich uczelni. Wszystko zorganizowane profesjonalnie i przyjemnie. Formuła konkursu przywodziła na myśl skojarzenia z teleturniejem Jeden z Dziesięciu. Uraczono nas kanapkami i herbatą. Trochę żałuję że nie było przerw między poszczególnymi turami zawodów bo gdy konkurs się skończył ludzie rozeszli się dosyć szybko i nie było praktycznie szans za zamienienie kilku słów z kimkolwiek a stawiło się przecież 44 uczestników i uczestniczek w 11 zespołach. Po zakończonym konkursie do którego można by mieć kilka zastrzeżeń (o których nieco później) odbyła się debata przedsiębiorców na auli. To wydarzenie poprzedzało rozdanie nagród które było dość skromną uroczystością i to nie z powodu nagród - średniej jakości mp4, pendrive i przyciasna koszulka z logo uczelni za godzinę skupienia nad średnio trudnymi pytaniami to nie byle co. Po prostu po dość przydługiej debacie która tak naprawdę rozkręciła się dopiero pod koniec ludzie zgromadzeni na auli postanowili się rozejść i udało się im to całkiem sprawnie, przykład z nich wzięli wspomniani przedsiębiorcy. Tak więc gala rozdania nagród okazała nie była, aula świeciła pustkami. Ale to nie jest w tym wszystkim najważniejsze. Mojego optymistycznego nastroju nie zepsują nawet wpadki merytoryczne organizatorów i rażące kiksy uczestników. Wśród nich były takie smaczki jak pytanie o PKB per capita w Polsce na koniec 2008 roku. Nie dość że któryś z zespołów udzielił odpowiedzi w procentach to odpowiedź która po chwili wyświetliła się na projektorze zastanawiała jeszcze bardziej: 33 mld zł. Nie bardzo wiem czym ta wartość mogłaby być. Na pewno nie jest to wartość ani PKB per capita ani samego PKB. Ja jednak ciesze się że taki event miał miejsce, budzi to nadzieje że jednak jest możliwe jakieś urozmaicenie w szarym życiu licealisty, któremu wygrana w wyżej opisanym konkursie pozwoliła przekonać wychowawczynie do usprawiedliwienia nieobecności w tym dniu w szkole.

 www.strefabiznesu.nowiny24.pl/artykul/rzeszow-uczniowie-z-iv-lo-najlepiej-znaja-ekonomie-25660.html

 

Komentarze (0)
Moc dwóch kresek na wykresie
 Oceń wpis
   

Zaczynam przygotowania do kolejnej czyli drugiej i ostatniej dla mnie olimpiady wiedzy ekonomicznej. Po krótkiej chwili zastanowienia postanowiłem zacząć powtórki od modelu popytu i podaży. Może to i trochę dziwne bo 17 miejsce w Polsce i 2 w swoim województwie zobowiązuje do zajęcia się trudniejszymi tematami niż to podstawowe prawo poznawane na lekcjach przedsiębiorczości w liceach albo i nawet na WOS-ie w gimnazjach. Nie bez powodu od tego zaczyna się nauczanie ekonomii. Jest to podstawowe prawo na którym opiera się cała gospodarka i świat materialny który nas otacza. To podstawa wolnego rynku. Jednocześnie jest to rzecz niedoceniana. W liceum poświęcane jest bardzo mało czasu temu arcyważnemu modelowi. Ucząc się ekonomii np. tak jak ja, na potrzeby konkursów szybko przechodzimy do teorii wyboru konsumenta czy rodzajów struktur rynku. Wszyscy znamy prawo popytu i charakterystyczny wykres krzywych popytu i podaży. Nie przykładamy wagi do tego prawa i go nie doceniamy a to moim zdaniem całkowicie niesłusznie. Bez zrozumienia prawa popytu i podaży nie będziemy mogli zrozumieć działania gospodarki. Może i będziemy znali różne definicje i będziemy malować
wykres utargu krańcowego w konkurencji monopolistycznej z pamięci jednak nie będziemy
rozumieć zależności zachodzących w gospodarce wolnorynkowej. Dlatego ja zawsze zaczynam od prawa popytu i podaży mimo że jak się wydaje znam je już na wylot, zaraz pokaże dlaczego uważam je za tak ważne.
Wolny rynek i jego fundamentalne prawo to najdoskonalszy mechanizm alokacji zasobów w gospodarce. Trudno jest przecenić także jego zdolność do samoistnego dążenia do równowagi. Prawo popytu i podaży napędza także innowacje. Ustala w doskonały sposób wysokość pensji, stopę procentową, kurs walutowy i cenę monitora w który właśnie się patrzysz.
Żaden organ administracyjny nie zrobi tego lepiej choć owe organy w to nie zawsze wierzą. Możesz powiedzieć że na pensje wpływa płaca minimalna, progresywny system opodatkowania, ustawa kominowa i faktycznie, tego typu bariery utrudniające prace niewidzialnej reki prawa popytu i podaży. Ale jedynie utrudniają a nie eliminują. Zauważ że zbyt wysoka płaca minimalna (podaż pracy przekroczą popyt na nią) powoduje powstanie szarej strefy gdzie pensja kształtuje się w nieskrępowany sposób. Na zbyt wysokie podatki odpowiedzią jest tzw. krzywa Laffera,
a ustawę kominową można łatwo obejść instrumentami pochodnymi takimi jak opcje. Można pójść dalej i powiedzieć że stope procentową ustala bank centralny. I tak jest w rzeczywistości, możemy nawet pominąć fakt ze w długim terminie jego wpływ na wielkość stopy procentowej jest ograniczony. Jednak jak bank centralny ustala stopę procentową? Majstruje na rynku obligacji i bonów skarbowych dzięki czemu kontroluje stopę procentową poprzez zmiany podaży pieniądza na rynku pieniężnym. Mogę powtórzyć jeszcze raz: zmiany podaży pieniądza na rynku pieniężnym. A co z kursem walutowym? Przecież niektóre kraje mają sztywny kurs walutowy.
Zgadza się jednak wyobraźmy sobie sytuacje takiego kraju. Załóżmy że państwo to dużo eksportuje, obserwujemy napływ walut obcych które eksporterzy chcą wymienić na walutę krajową. W systemie płynnych kursów walutowych bylibyśmy świadkami aprecjacji rodzimej waluty. Jednak tutaj kurs walutowy nie zmienia się, obowiązuje sztywny przelicznik. Możliwe jest to dlatego że państwo skupuje dewizy i emituje własną walutę aby zachować stały kurs walutowy. Skupowanie dewiz to jednak nic innego jak ingerencja w podaż. Tak samo jak i emisja waluty krajowej. Dzięki temu rynek zachowuje równowagę bez zmiany ceny (czyli kursu walutowego) równowagi. W unii walutowej role kursu walutowego przejmują fluktuacje cen. Tak więc prawa popytu i podaży nie da się ominąć ani zastąpić. Jedynym sposobem na ingerencje w punkt równowagi jest oddziaływanie na popyt bądź podaż ale przecież to są właśnie reguły
rynku. Możemy ingerować w wynik pracy niewidzialnej ręki rynku ale tylko grając zasadami wolnego rynku. Mówiąc kolokwialnie - nie da się go obejść.
 

Komentarze (0)
Rozmyślania nad teorią ekonomii
 Oceń wpis
   


      W modelu ekonomii klasycznej, proces dostosowawczy gospodarki jest dosyć prosty. A przynajmniej jego najważniejsze założenia. Otóż chodzi o to, że w czasie recesji, po spadku popytu globalnego spadają pensje pracowników oraz ogólny poziom cen. Realna podaż pieniądza rośnie obniżając tym samym stopy procentowe. A to już w prosty sposób prowadzi do ożywienia gospodarczego i powrotu gospodarki do stanu równowagi. Niższe stopy procentowe pobudzają inwestycje przedsiębiorstw ale także sprawiają że kredyt konsumpcyjny jest tańszy i więcej osób może sobie na niego pozwolić. Rośnie popyt globalny. Co więcej, oszczędzanie staje się mniej opłacalne (niższe stopy procentowe w bankach, niższa rentowność obligacji). Chociaż trzeba przyznać że same obligacje drożeją (podobnie jak i akcje). Powoduje to powstanie efektu majątkowego. Ludzie osiągają „papierowe” (papierowe ponieważ nie zdyskontowane i na razie czysto teoretyczne) zyski na obligacjach przez co ich majątek powiększa się. Prowadzi to do wzrostu skłonności do konsumpcji. Występuje również efekt realnych zasobów majątkowych. Kiedy ceny spadają wzrasta siła nabywcza pieniądza a więc i zgromadzonych oszczędności. Majątek gospodarstw domowych wzrasta. To wszystko sprawia że popyt globalny wrasta na tyle aby przywrócić stan równowagi w gospodarce.

      Tak to wygląda w teorii. A jak jest w praktyce?

      W modelu nie ma miejsca dla optymizmu/pesymizmu konsumentów, nieracjonalnych decyzji przedsiębiorstw itd. Mówimy o recesji, nie wszystkie podmioty gospodarcze działają wtedy racjonalnie a ta racjonalność jest podstawowym założeniem modeli w ekonomii klasycznej. Pomijając nawet możliwą częściową sztywność cen i płac w dół, stopa procentowa może nie spaść. Nie chodzi tutaj wcale o keynesowską pułapkę płynności. W warunkach recesji, podaż obligacji wzrasta (rosnąca dziura budżetowa powodowana spadkiem podstawy opodatkowania czyli de facto dochodu narodowego), awersja do ryzyka także rośnie. Jeśli więc rośnie realna podaż pieniądza i stopy procentowe gdzie znajduje się ten nadmiar pieniądza? Według mnie „wina” leży po stronie systemu bankowego. Możemy zauważyć że akcja kredytowa zostaje w dużej mierze wstrzymana. Gotówka zalega w rezerwach bankowych. Kreacja pieniądza zostaje ograniczona i mimo spadku cen, realna podaż pieniądza nie rośnie a nawet może obniżać się. Wzrost stóp procentowych ma wtedy teoretyczne uzasadnienie. Efekt majątkowy i efekt realnych zasobów pieniężnych to także niepewna teoria. Wcześniej poddałem wątpliwości wzrost cen obligacji. Oczywiście istnieje szansa że ich ceny jednak wzrosną. Stanie się tak o ile ich oprocentowanie spadnie. Państwo może zacząć skupować rządowe obligacje aby przeciwdziałać wzrostowi ich oprocentowania poprzez pobudzenie popytu. Jednak powyższy model teoretyczny zakłada spadek poziomu cen w gospodarce co doprowadzi do wzrostu realnych stóp procentowych. Państwo może zatem tylko w ograniczony sposób ustalać koszt pieniądza oraz oprocentowanie obligacji. Deflacja oraz poprzedzająca ją recesja nie sprzyja też rynkowi akcji. Zatem wystąpienie efektu majątkowego jest wątpliwe. Siła nabywcza pieniądza z pewnością wzrasta w skutek deflacji jednak wydaje mi się że to wcale nie przełoży się na wzrost popytu konsumpcyjnego. W recesji optymizm konsumentów spada, ludzie raczej ograniczają wydatki. Poza tym po co wydawać pieniądze teraz jak za chwile będzie taniej?

      Kończąc ten wpis właśnie zorientowałem się gdzie popełniłem błąd. Bo z teorią ekonomii raczej wszystko w porządku.
      Ten cały efekt dostosowawczy o którym wspomniałem na początku uruchamia się dopiero po osiągnięciu dna recesji (efekt mnożnikowy i keynesowska funkcja popytu globalnego pomoże wyznaczyć teoretyczne dno). Po osiągnięciu dołka, awersja do ryzyka w końcu spadnie, akcja kredytowa z powrotem zostanie wznowiona. Realna podaż pieniądza rzeczywiście wzrośnie. Ceny spadną a ten spadek zatrzyma się. Dlatego stopy procentowe nominalne jak i realne spadną. Efekt majątkowy i realnych zasobów pieniądza także mają szanse zaistnieć. Pesymizm/optymizm konsumentów w dłuższym terminie powróci do swojej „normalnej” wartości. Droga do odrodzenia jest prosta;) Pod warunkiem że osiągniemy dołek, inaczej klasyczny proces dostosowawczy nie będzie miał miejsca.

      


 

Komentarze (0)
Kurs dolara – stojąc w rozkroku.
 Oceń wpis
   

Ostatnio na gospodarczych stronach gazety.pl przeczytałem ciekawy komentarz jednego z zarządzających aktywami (bodajże w TFI Union Investment). Mimo usilnych prób, nie udało mi się spowrotem odnaleźć tej wypowiedzi, więc dosłownie nie przytoczę słów autora. W każdym razie, twierdził on że mamy do czynienia ze zmianą trendu na rynku walutowym. Doradzał więc zwrócenie uwagi na spółki uzyskujące większość dochodów ze sprzedaży na  rynku amerykańskim.

Patrząc na wykres może się wydawać iż rzeczywiście ma on rację. Czy tak będzie w rzeczywistości, okaże się za jakiś czas, więc na razie powstrzymam się od ocen, zwłaszcza że na rynku walutowym nie czuję się jeszcze na tyle pewnie. Zobaczmy także roczny wykres notowań polecanej przez niego HTL-Strefy:

Można zaobserwować wzrost kursu akcji w przybierający na sile w miarę z aprecjacją dolara. To nie powinno dziwić, głównym rynkiem zbyty HTL jest USA. Jednak spójrzmy ponownie na sytuacje usd/pln nieco szerzej. Pomagają w tym 2 ciekawe analizy opublikowane na bblogu przez Ryszarda Petru i Janusza Jankowiaka. Obydwaj są zdania że złoty będzie mocniejszy! Co więcej, ich analizy są w znacznej mierze oparte na czynnikach fundamentalnych a nie technicznych jak w poprzednim przypadku.

Czynniki przemawiające za umocnieniem się złotego wg Ryszarda Petru:

-fundamenty gospodarcze, w tym przede wszystkim bardzo szybkie tempo wzrostu gospodarczego, nawet przy zakładanym spowolnieniu

-spread pomiędzy polską stopą referencyjną a europejską co sprzyja tzw.carry trade czyli pożyczaniu w walucie mniej oprocentowanej i lokowanie tych środków w walucie wyżej oprocentowanej

Ekonomista BPH tłumaczy także przyczyny obecnej korekty:

-strategia realizacji zysków

-pojawienie się nowych bardziej atrakcyjnych możliwości inwestycyjnych

-odwrócenie się trendu na parze eurodolar

Inaczej do sprawy podchodzi ekonomista Janusz Jankowiak. Twierdzi on że głównym czynnikiem który spowoduje umocnienie złotego jest pogłębiający się deficyt w bilansie obrotów bieżących który wg. jego szacunków wzrośnie do 7% PKB z obecnych ok.4,5%.

Wnioski nasuwają się same – nie śpieszmy się z kupnem spółek eksportujących do USA. I sprawdźmy który z analityków miał rację.

 

 

 

 

Komentarze (2)
Oszczędności potrzebne od zaraz
 Oceń wpis
   
  • Czy gospodarstwa domowe powinny zacząć oszczędzać?

    Po co miałyby to robić?

    Otóż aby dostarczyć kapitał bankom które przeznaczą go m.in. na kredyty inwestycyjne dla firm, dzięki temu, przedsiębiorstwa będą mogły nadążyć za popytem i wzrost gospodarczy zostanie podtrzymany. Oszczędności społeczeństwa to bardzo ważne ogniwo w gospodarczym łańcuchu, często zapominane a jednak niezbędne dla stałego i zrównoważonego wzrostu gospodarczego. Najlepiej gdy ludzie oszczędzają w banku, poprzez wkłady terminowe. Jest to idealne, stałe źródło gotówki dla banków. Dzięki kreacji pieniądza, środki zgromadzone na lokatach kilkakrotnie wzrastają i pozwalają na szeroką ekspansje kredytową. Oszczędności ludzi mogą być też skierowane w kierunku rynku pieniężnego (obligacje), Wtedy banki lub przedsiębiorstwa będą mogły właśnie tam pozyskać kapitał. Jeśli kapitał popłynie w kierunku giełdy, wtedy np. banki będą mogły się dokapitalizować poprzez nowe emisje akcji (jak niegdyś Getin).

    Jakie negatywne konsekwencje dla gospodarki ma wzrost stopy oszczędności?

    Produkcja krajowa jest determinowana przez popyt konsumpcyjny, inwestycyjny oraz eksport netto. Ograniczenie konsumpcji gospodarstw czyli de facto spadek popytu wewnętrznego spowoduje spadek produkcji przemysłowej. Część firm mogłaby przestawić się na eksport jednak teraz jest to niemożliwe z powodu wysokiego kursu złotego (ostatnie spadki naszej waluty nie zmieniają zasadniczo sytuacji) oraz kurczenia się rynków państw zachodnich (recesja). Gospodarka może nagle przestać rosnąć, zważywszy na to że motorem obecnego wzrostu gospodarczego jest konsumpcja. A wzrost dochodu gospodarstw który następuje dzięki podwyżkom płac przekłada się o wiele bardziej na konsumpcje niż na oszczędności (skłonność do konsumpcji jest zawsze większa niż skłonność do oszczędzania).

    Co stanie się jeśli gospodarstwa domowe nie dostarczą kapitału przedsiębiorstwom w postaci pożyczek bankowych?

    Również oznacza to spowolnienie. Ekspansja kredytowa banków będzie ograniczona z powodu braku kapitału. Pieniądze giełdowe są dostępne dla nielicznej części firm a teraz sytuacja na rynku pogorszyła się jeszcze bardziej. Pozyskanie kapitału za granica również jest trudne, a jeśli nawet możliwe to po prostu drogie. Oszczędzanie w warunkach rosnącej inflacji tez nie jest łatwe (czyli opłacalne). Nikt nie lubi patrzeć jak siła nabywcza jego oszczędności maleje.

    Spirala rosnących płac, konsumpcji i inflacji

    Wyższe pensje przekładają się na wzrost konsumpcji która napędza inflacje. Wzrost cen jest oczywiście powodowany także przez rosnące ceny żywności i ropy, na które jednak trudno kontrolować. Czy w takiej sytuacji da się przekonać ludzi do oszczędzania?

     

    Oszczędzanie jest niezwykle ważne dla gospodarki, ze zbyt niskim poziomem oszczędności borykają się od zawsze amerykanie, z kolei chińczycy wydają za mało dlatego ich gospodarka rośnie prawie wyłącznie dzięki eksportowi. Polacy zaczynają się powoli upodabniać do obywateli USA i polubili życie na kredyt. Zadłużenie np. na kartach kredytowych polaków rośnie w tempie ok. 50% rocznie i niedługo osiągnie 10mld zł.

    Za to oszczędzaniu sprzyjają rosnące stopy procentowe i coraz ostrzejsza konkurencja między bankami co przekłada się na rosnące oprocentowanie depozytów.

     

Komentarze (5)
Wołanie o dewaluacje złotówki
 Oceń wpis
   

W polskiej gospodarce pojawiły się bardzo niepokojące tendencje. Trzeba już teraz uważnie się im przyjrzeć, zwłaszcza w obliczu recesji w Eurolandzie (ujemny przyrost PKB pojawił się już w Danii, wiele wskazuje na to że podobnie będzie w Irlandii). Największym „problemem” jest wysoki kurs naszej waluty. Stwarza to oczywiste ryzyko zahamowania wzrostu gospodarczego w Polsce.

Nasz drogi złoty

O złotym mówią wszyscy Polacy. I trudno się dziwić bo zwykli obywatele na tym korzystają – bezpośrednio (zakupy w USA) lub pośrednio (niższe ceny towarów importowanych, tańsza ropa). Według wielu ekonomistów, złoty jest zbyt drogi i w rzeczywistości nie jest tyle wart. Jednak działają tu prawa wolnego rynku czyli prawo popytu i podaży. Jeśli inwestorzy chcą tyle płacić za złotego to znaczy że jest tyle wart. Pieniądz jednak nie jest zwykłym towarem. Jest tylko i aż miernikiem wartości i nie może być pojmowany jako wartość sama w sobie. Więc czy prawo popytu i podaży działa tutaj prawidłowo? Lepiej zaufać w niewidzialną rękę rynku czy zdecydować się na dewaluacje złotego? Ostatnio przeczytałem w Forbsie opinie b. ministra finansów Grzegorza Kołodki. Twierdzi on że NBP powinien odejść od całkowitej płynności kursu walutowego i osłabić złotego o ok.10%.

Dewaluacja jedyna nadzieją?

Obniżenie kursu walutowego powinno (w teorii) doprowadzić do wzrostu eksportu, a w konsekwencji do wyższego wzrostu gospodarczego, także dzięki napływowi inwestycji zagranicznych (relatywnie niższe koszty pracy). Nie można zapominać także o pozytywnych zmianach w bilansie obrotów bieżących. W praktyce sytuacja nie wygląda już tak kolorowo. W krótkoterminowo dewaluacja z pewnością przyniesie wzrost konkurencyjności gospodarki, jednak efekty nie będą od razu widoczne z powodu już zawartych kontraktów terminowych. Dodatkowo, może pojawić się nawet wzrost deficytu w bilansie obrotów bieżących (warunek Marshalla-Lernera). Ceny produktów eksportowych spadną, a za produkty importowane zapłacimy więcej. Dlatego nominalna wartość importu wzrośnie. Jednak to tylko krótkoterminowa anomalia. Zobaczmy co się dzieje w średnim terminie. W Polsce nie mamy do czynienia z pełnym zatrudnieniem dlatego zwiększony popyt za strony „zagranicy” nie wywoła dużej presji płacowej i inflacji. Problemem może być tylko wysokie wykorzystanie już istniejących mocy wytwórczych a także galopujące pensje. Utrudni zwiększenie produkcji (co wymaga zwiększenia zatrudnienia) w celu zaspokojenia wzmożonego popytu ze strony „zagranicy”. W przypadku dewaluacji trzeba także wprowadzić bardziej restrykcyjna politykę fiskalną aby utrzymać aktualny popyt wewnętrzny przy zwiększonym popycie na eksport netto. Inaczej, realne wielkości eksportu netto oraz popytu wewnętrznego pozostaną na niezmienionym poziomie (zmienią się tylko ich wielkości w ujęciu nominalnym). Długoterminowo, wzrost cen towarów importowanych spowoduje przerzucenie dodatkowych kosztów na konsumenta. Może wtedy pojawić się dodatkowa presja płacowa gdyż na polskim rynku pracy istnieje bardzo mała konkurencja pomiędzy pracobiorcami. W efekcie dewaluacja spowoduje tylko zmianę wielkości nominalnych. Właśnie dlatego zastanawiam się co p.Kołodko widzi w dewaluacji jako ratunku dla polskiego eksportu. Co więcej, dewaluacja ma małe szanse powodzenia. Jest kapitałochłonna i nie wiadomo czy po części nie wykorzystają jej spekulanci na rynku walutowym (jak niegdyś Soros). Dewaluacja jest także sprzeczna z podstawowym celem NBP jakim jest walka z inflacją. Istnieje również całkiem realne zagrożenie, że kraje Eurolandu wpadną w recesje co w oczywisty sposób przyczyni się do zahamowania wzrostu lub nawet skurczenia się rynków zbytu dla poszczególnych polskich dóbr eksportowych.

Niepotrzebne ryzyko

Dewaluacja niesie ze sobą ogromne ryzyko niepowodzenia. A nawet jeśli już się powiedzie, negatywne jej skutki mogą być porażające. Mam tu na myśli przede wszystkim inflację. Nawet jeśli ceny towarów importowanych uda się jakoś zastąpić krajowymi to ropę i tak będziemy zmuszeni dalej importować a to właśnie ona determinuje ceny transportu, który jest nieuniknionym składnikiem kosztu każdego produktu. Dewaluacja pochłonie także sporo rezerw dewizowych. Ich niski poziom to ryzyko niestabilnego kursu walutowego. Złoty mógłby być wtedy narażony na ataki spekulacyjne. Pomijam tutaj spadek zaufania zagranicznych inwestorów.

Na koniec

Wiem, że nie jestem odkrywczy w tym co pisze. Jednak ci którzy wołają o dewaluacji zdają się nie pamiętać o zasadniczych jej skutkach. 

 

Komentarze (1)
Egzamin maklerski cz.II
 Oceń wpis
   

Nie poddam się i prędzej czy później rozwiąże to zadanie z egzaminu maklerskiego. Jego treść i sposób w jaki je rozwiązywałem zamieściłem w poprzednim wpisie. Niestety mój sposób rozwiązywania jest niekoniecznie dobry – uzyskany wynik nie pokrywa się z kluczem. Z pomocą bblogerów zacząłem wiec szukać błędów które popełniłem. Użytkownik trew zwrócił uwagę na błąd w mianowniku po prawej stronie.


2008-05-29 20:33:19 | 212.76.37.* | trew

w mianowniku powinno byc 25%*1 a nie 1.06 bo dywidende placisz z zyskow roku
poprzedniego

Ale to nie koniec moich niedopatrzeń. Podany przeze mnie wzór ma obliczanie ROE także nie jest do końca poprawny. Przypomnę że obliczałem ten wskaźnik ze wzoru:

 


Kapitał własny powinien być podany dla roku wcześniejszego niż zysk netto. Dzięki temu będziemy wiedzieli ile kapitału spółka potrzebowała do wytworzenia danego zysku netto. Podstawianie do wzoru zysku i kapitału własnego z tego samego roku mija się z celem liczenia wskaźnika ROE jako oceny rentowności lokaty kapitałowej.

Te dwie nieścisłości sprawiają że do tego zadania powinienem zabrać się od nowa.

Na początku rozpisałem sobie jakie wartości mają być w licznikach i mianownikach tych dwóch ułamków.


  • nk href="file:///C:\DOCUME~1\User\USTAWI~1\Temp\msohtml1\01\clip_filelist.xml" rel="File-List" />

    Uwzględniłem tutaj uwagę trew’a nt dywidendy oraz wstawiłem do wzoru kapitał własny firmy z roku poprzedzającego osiągniecie odpowiadającego zysku netto. Same poprawki trew’a tylko nieznacznie zmienią wynik (nadal jest błędny), nie są wiec wystarczające.

     

    X – kapitał własny w 2005r.

    Zysk netto w 2005r. wynosi 1.




    Zauważmy, że kapitał własny w 2006 to kapitał własny z 2005 plus zysk netto z 2006.

    Po wyliczeniu otrzymujemy X=13,75. Daje nam to wskaźnik ROE na poziomie 7,85% czyli… dalej źle! Przypomnę, że powinno wyjść 6,4%.

  • Komentarze (6)
    Egzamin maklerski. Trudny?
     Oceń wpis
       

    Powyższe zadanie pochodzi z egzaminu maklerskiego na który natknąłem się na stronie KNF. Postanowiłem je rozwiązać ponieważ nie wyglądało na mega trudne. Powiem szczerze że wydawało mi się że jest to jedno z prostszych zadań z tego testu. Więc zabrałem się do rozwiązywania:

     

    ROE to ocena rentowności spółki jako lokaty kapitałowej. Jest to iloraz zysku netto i kapitału własnego:

     
     

     
     

    Wiemy również że ten wskaźnik osiąga co roku taką samą wartość.

    Oznaczmy jako X wartość kapitału zakładowego.
     
     

     
     

    Lewa strona równania to wartość wskaźnika ROE w pierwszym, wyjściowym roku. W drugim roku wartość ROE jest taka sama dzięki czemu możemy je przyrównać.

    Zysk netto w roku wyjściowym (lewa strona) wynosi 1. W kolejnym roku wzrasta o 6%. Wynosi więc 1,06.

    X to wartość kapitału własnego przedsiębiorstwa. Jego wartość wzrasta o wartość zysku netto, ponieważ jest to kapitał który zasila bezpośrednio kasę firmy. Musimy jednak pamiętać że spółka przeznacza 25% zysku netto na dywidendę. Dlatego od kapitału własnego firmy powiększonego o zysk netto musimy odjąć kwotę wypłacaną jako dywidenda.

     

    Po wykonaniu rachunków otrzymujemy X=13,4. Możemy więc obliczyć już ROE:

     
     

     
     

    Wskaźnik ROE wynosi więc 7,5%. Wszystko byłoby OK. gdyby nie to że wg. klucza poprawną odpowiedzią jest A. 6,4%. Gdzie ja popełniam błąd?

     
     
     
     

    Komentarze (8)
    1 | 2 | 3 |
    Najnowsze komentarze
    2013-04-05 19:13
    kredyty pozyczki:
    Komentarz wpisu p. Halesiaka - płace przyczną deflacji?
    Spadek płac wymusza często branie drogich kredytów.
    2012-12-15 15:47
    windykator_:
    Mikroekonomia w warunkach szkolnych
    To jest właśnie charakterystyczne dla monopolu.
    2012-05-17 00:40
    bank_:
    Oszczędności potrzebne od zaraz
    Lepsze oszczedzanie niz przerost kredytów
    O mnie
    nobody